Nie ma rzeczy niemożliwych, są tylko zbyt małe chęci
30.09.2011 | ~ANG

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Nazywam się Tomasz Kamiński, mam 35 lat. Dzisiaj jestem doradcą posiadającym 12 letnie doświadczenie w branży finansowej i dość sporą grupę zadowolonych Klientów. Moje zajęcie jest moją pasją. Mimo upływu tylu lat, nie miałem dnia, abym powiedział sobie, że mam dosyć tej roboty. Ale jak do tego doszło?

Cofnę się do początków mojego życia zawodowego. Mój start w karierze zawodowej to praca w sklepie spożywczym, takim jakich sporo na naszych betonowych osiedlach. Wyuczyłem się zawodu sprzedawcy w szkole zawodowej, przez przypadek, gdyż zwyczajnie nie dostałem się do szkoły samochodowej (a wszyscy koledzy tam szli). Na początku czułem się z tym źle, bo gdzie „facet” w sklepie! Ale po pewnym czasie polubiłem sytuację, na praktykach byłem „rodzynkiem”, a i w klasie było nas tylko kilku. A jak historia pokazuje to kobiety motywują nas do działania . Kobiece otoczenie sprawiło, iż w nieśmiałym, niepewnym i przeciętnym młodzieńcu z podstawówki, zaczęła budzić się „ambitna jednostka”.

Do moich najbardziej ambitnych zadań na praktykach uczniowskich było sprzątanie podłóg, wycieranie półek, metkowanie i układanie towaru. A do tego wszystkiego należy dodać, że musiałem wychodzić z domu o godzinie 5.00 rano, aby zdążyć na otwarcie sklepu o godzinie 6.00. I tak przez 3 lata szkoły zawodowej, aż przyszedł czas na przeanalizowanie swojej sytuacji i podjęcie życiowej decyzji. Stać mnie na więcej! Nie będę wstawał tak wcześnie rano! Uczę się, by nie skończyć w sklepie.

Poszedłem do technikum ekonomicznego. Spędziłem tu kolejne 3 lata nauki z miesięcznymi praktykami w ciągu roku szkolnego m.in. w urzędzie skarbowym. Wykorzystałem tę szansę, jakie dały mi praktyki w US. Starałem się sumiennie wypełniać powierzone zadania i dzięki temu zaproponowano mi pracę na zlecenie w okresie ferii zimowych, a następnie wakacji. Po ukończeniu technikum zaproponowano mi umowę o pracę na stanowisku referenta w dziale podatków majątkowych (tzw. opłata skarbowa). To była niezwykła szkoła odporności na stres. Popracowałem tu półtorej roku. Kusiło mnie od pewnego czasu do zmiany pracy, gdyż relacja urzędnik – petent średnio przypasowała mi do gustu. Wysłałem cztery CV do różnych banków, odezwały się z nich dwa. Sam nie wierzę, ale dostałem się do tego banku, w którym miałem swoje pierwsze konto i zawsze denerwowały mnie długie kolejki oczekujących na obsługę. W końcu miałem możliwość coś zmienić!

Było to w marcu 1999r. Zaczynałem od „lady”, czyli od najniższego stanowiska. Bardzo polubiłem obsługę Klientów, szybko uczyłem się nowych operacji w tym zagranicznych. Umiejętność radzenia sobie w trudnych i stresujących sytuacjach wyniesiona z poprzedniej pracy pozwoliła mi szybko urosnąć do miana „speca od trudnych Klientów tzw. Pieniaczy”. Wiadomo, w kolejce do obsługi wielu klientom puszczały nerwy. Nie bałem się. Szybko mnie dostrzeżono. Zdobywałem wyróżnienia, wygrywałem konkursy sprzedażowe, średnio co pół roku awansowałem na wyższe stanowiska. Zostałem doradcą Klienta VIP, w końcu otwarto nową placówkę, której zostałem kierownikiem. Podczas wizytacji „ludzie z Centrali” wyłowili mnie z „tłumu” i zaproponowali zmianę ścieżki kariery: „widzimy w Tobie menadżera, może chcesz zostać dyrektorem oddziału? Popracujesz trochę z nami, podpatrzysz co nieco i podejmiesz nowe wyzwanie.” Pewnie, czemu nie. I tak wyjechałem na pół roku do Warszawy. Tu szybko wśród doradców zyskałem ksywę „Kosa” m.in. za wdrożenie w procesie oceny pracy doradców scenek sprzedażowych i tzw. „białej sprzedaży”. Kontrolowałem i oceniałem również pracę dyrektorów oddziałów, by za chwilę stać się jednym z nich. Zostałem nim jako najmłodszy wiekiem. W całym banku.

Znalazłem się w Ełku. Jako dyrektor oddziału miałem sporo nowych zadań i obowiązków. Nowe otoczenie, nowy zespół ludzi, nowe problemy i cóż, nowe motto:

„To co mnie nie zniszczy, to mnie wzmocni.”

Byłem najwyższy stanowiskiem, ale za to najmłodszy w swoim zespole. To nie było łatwe, ale poradziłem sobie z ułożeniem relacji wśród współpracowników. Nie lubiłem zamykania się w gabinecie, toteż pracowałem razem ze swoimi ludźmi. To pozwoliło mi na rozwijanie i utrzymywanie nowych kontaktów z klientami, których od pewnego czasu zaczęło mi już brakować. Spędziłem na tym stanowisku półtora roku, po czym zaproponowano mi szefowanie regionalnym zespołem hunterów (aktywne pozyskiwanie klientów na zewnątrz, poza bankiem). Wróciłem do rodzinnego Olsztyna. Jako tzw. hunter wyszedłem zdecydowanie poza biurko i stacjonarny system pracy. Zaczęliśmy „walczyć o klienta na jego terenie”. To była nowość w ówczesnej bankowości, a dla mnie zupełnie nowe spojrzenie na relacje z klientem.

Któregoś dnia znajoma poprosiła mnie o pomoc w załatwieniu kredytu mieszkaniowego. Miała trudności, gdyż po raz kolejny usłyszała odmowę udzielenia kredytu. Nie odmówiłem jej. Poszedłem z nią na kilka spotkań do banków. Przysłuchiwałem się jej rozmowom z pracownikami działu kredytów, dostrzegłem jak często istnieje brak porozumienia czy jasności w przekazie podstawowych informacji o kredycie pomiędzy klientem a pracownikiem banku. Bankowy slang nie był zrozumiały dla mojej znajomej. Dostrzegłem jak mocno się stresuje tymi spotkaniami, ile to ją kosztuje czasu. Zaproponowałem, iż sam się rozeznam na rynku i znajdę jej właściwy bank. Przygotowałem jej ofertę czterech banków, w których miała zdolność kredytową oraz przygotowałem kompletną dokumentację do wniosku. Złożyliśmy wnioski. Dostała trzy pozytywne decyzje, spośród których wybraliśmy najbardziej korzystną ofertę. W dalszym ciągu prosiła o wsparcie: notariusz, sąd, wypłata kredytu. Wszystko zostało załatwione. Była wdzięczna. Za kilka dni zapytała czy nie pomógłbym jej koleżance z pracy? Wówczas odpowiedziałem, że mam swoją pracę i nie mam na to czasu…

Przez weekend zacząłem poważnie zastanawiać się nad zmianą w swoim życiu. Moja praca w banku zaczęła mnie powoli nużyć, praktycznie osiągnąłem tu wszystko, co mogłem: od aplikanta po dyrektora oddziału. A tu pojawiła mi się nowa myśl: a gdybym zaczął pomagać klientom w wybraniu właściwej oferty kredytu? Dotąd obserwowałem jak klient po wyjściu z oddziału nie zawsze wiedział jak się zabrać do załatwienia pozostałych formalności. A okazało się, że trochę ich jest: skompletowanie dokumentów do wniosku, wycena nieruchomości, notariusz, ustanowienie zabezpieczeń, wizyta w sądzie, urzędzie skarbowym, itp. A gdyby tak zrobić to za nich? To jest myśl!

Szybko zacząłem przygotowania. Złożyłem wypowiedzenie w banku i zamieniłem ciepłą dobrą posadkę na „dreszczyk emocji”. Miałem wówczas żonę bez pracy, dwójkę dzieci, kredyt mieszkaniowy, kredyt na samochód. Nie było odwrotu: albo mi się uda, albo umarł w butach. Uwierzyłem w siebie i pomyślałem, że stworzę coś jeszcze mało znanego, a może i nie obecnego jeszcze na rynku finansowym: standard obsługi klienta polegający na wyręczeniu go praktycznie ze wszystkich możliwych czynności jakie trzeba wykonać od złożenia wniosku do uruchomienia kredytu mieszkaniowego.

Był koniec roku 2005. Dostało mi się w ręce ogłoszenie Creditfield o nawiązaniu współpracy w zakresie kredytów mieszkaniowych. Umówiłem się na spotkanie w Warszawie, ale ostatecznie nie pojechałem. Spróbowałem osobiście pochodzić po bankach i ustalić warunki współpracy. Okazało się, że w większości banków klient musiałby zapłacić za moje pośrednictwo, czyli w oddziale banku miałby lepszą ofertę jak za moim pośrednictwem. Pojechałem do Warszawy na ulicę Śmiałą.

Spotkałem się z Arturem Nowak-Gocławskim i Martą Tafil. Zaskoczyli mnie swoim „ludzkim” podejściem do sprawy.I zaczęło się. Zostałem pierwszym doradcą Creditfield na olsztyńskim rynku. Jeszcze bez biura, bez laptopa. Z notesem, kalkulatorem i długopisem spotykałem się z klientami na mieście lub u klienta w domu lub u niego w pracy. Początki nie były łatwe. Spotkania z klientami, w czasie nich notatki, później po powrocie do domu, a było to już wieczorem, przygotowywanie ofert na maila. 12-14 godzin dziennie. Moje pierwsze wynagrodzenie: 500,- zł, kolejne 550,- zł, dalej już było 1700,- zł, 2900,- zł 4600,- i rosło. Przeżyłem moment, kiedy oszczędności zrównały się z zerem, a limit odnawialny był wykorzystany do maksimum. A raty trzeba było płacić.

„Nie wejdziesz drzwiami, próbuj oknem. Nie wejdziesz oknem, wejdź przez komin.”

Zrozumiałem, że najważniejsze w mojej pracy jest to, aby Klient mnie jak najdłużej pamiętał. Pamiętał pozytywnie. Postawiłem mocno na zadowolenie klientów z moich usług, tak by byli wdzięczni i rekomendowali mnie dalej. Lubiłem wymagających klientów oraz takich, którzy cenili swój czas. Byłem elastyczny: pod względem miejsca i czasu, byłem skuteczny. Szybko to doceniono i miałem coraz to więcej klientów. Więcej klientów, więcej pracy, więcej pieniędzy. Stało się to moja pasją. Gdzieś po drodze przestawiły się priorytety. Nie potrafiłem odmówić klientom, zawodziłem coraz częściej w domu. Może i z tego powodu ostatecznie rozpadło się moje małżeństwo. Ale to już inna historia.

Kiedy przestałem obrabiać się z nadmiarem pracy, szybko stwierdziłem, iż trzeba zacząć budować zespół. Rozpoczęto rekrutację. Przyszła Monika, później Agata, Magda z Edytą, Damian, Renata, Marta, Mirek, Marcin, doszedł zespół w Białymstoku z Julitą i całą resztą. Doszły mi obowiązki dyrektora regionu. Dalej była fuzja z Doradcami24, więc nowe wyzwania, nowe realia, nowe wizje i nowe postanowienia.

Dzisiaj z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że moje nazwisko samo w sobie jest własną marką. Ciężko na to pracowałem. Mam z tego niesamowite poczucie dumy i satysfakcję z setek zadowolonych klientów, z którymi w dalszym ciągu mam dobre relacje i kontakt.

Jeżeli ktoś mnie zapyta, dlaczego to robię to odpowiem: czy może być lepsze zajęcie od tego, w którym czujesz się dobrym, masz poczucie bycia potrzebnym i pomocnym dla innych, nie traktujesz tego jak pracę czy obowiązek, a przy tym da się utrzymać rodzinę na odpowiednim poziomie?

Życzę Wam satysfakcji z tego, co robicie. Ja ją mam.

Autor: Tomasz Kamiński

ANG